Obchody ŚWIĘTA WOJSKA POLSKIEGO – inaczej.

Święto Wojska Polskiego – święto państwowe Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej Polskiej obchodzone 15 sierpnia na pamiątkę zwycięskiej bitwy warszawskiej w 1920 r., stoczonej w czasie wojny polsko-bolszewicekiej. Święto Sił Zbrojnych RP ustanowił Minister Spraw Wojskowych Stanisław Szeptycki rozkazem z 4 sierpnia 1923 roku. Obchodzono je do 1947 roku, kiedy to ówczesne władze ustanowiły Dzień Wojska Polskiego w dniu 12 października na pamiątkę chrztu I Dywizji Pancernej im. Tadeusza Kościuszki pod Lenino. Po upadku komunizmu - w latach 1990-1991 - Dzień Wojska Polskiego obchodzono dnia 1 maja aby w roku 1992 ostatecznie przenieść je na 15 sierpnia. Corocznie w tym dniu odbywają się we wszystkich kościołach polowych w Polsce uroczyste Msze Święte w intencji poległych na polu chwały. Na cmentarzach pamięć żołnierzy czci Apel Poległych, a przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie odprawiana jest Honorowa Zmiana Warty z udziałem Najwyższych Władz Państwowych.

W Lublińcu pod Częstochową gdzie ma siedzibę legendarny 1. Pułk Specjalny Komandosów (PSK), który z honorem kultywuje dziedzictwo tradycji: 1 Samodzielnej Kompanii „Commando”, Batalionu Armii Krajowej „Zośka”, Polskiego Samodzielnego Batalionu Specjalnego, Batalionu Armii Krajowej „Parasol”, 1 Batalionu Szturmowego w Dziwnowie, 62 Kompanii Specjalnej „Commando” w Bolesławcu, dzień Wojska Polskiego świętuje się ekstremalnym biegiem nazwanym „BIEGIEM KATORŻNIKA”. 14 sierpnia 2011 r. po raz VII zmagało się w nim ponad 600 uczestników.

Wielu zna smak ukończonego maratonu, litrów potu wylanego na treningach, wykręcania kolejnych życiówek i tych chwil, kiedy miejskie zakorkowane na co dzień ulice stają się miejscem ich triumfu podczas dużych imprez biegowych. Ale do Lublińca na poligon przyjeżdżają, by poczuć coś innego. Zmierzyć się z wodą, błotem, namuliskami, sadzawkami, bagnem, trzcinowiskami, połamanymi konarami zanurzonymi w wodzie, piachem, smrodem torfowiska, zmęczeniem, wychłodzeniem i jakże nieprzewidywalną pogodą…

Bazą Katorżnika jest mały ośrodek Silesiana znajdujący się w lublinieckim lesie, tuż nad jeziorem Posmyk. Start, to grupowy skok do wody, a potem pokonanie jeziora. Woda do piersi, wodorosty są wszędzie. Buty wchodzą w muł nawet do połowy łydki. Nie rozgrzany organizm narażony jest na skurcze w zimnej wodzie i traci energię co grozi to silnym wychłodzeniem, a to dopiero początek morderczego wysiłku. Po pokonaniu jeziora zaczynają się bagna. To bardzo zimne torfy i namuliska w kolorze czarnym, w postaci głębokich rowów melioracyjnych, płytkie na początku na pół łydki i nagle zapadające się głęboko ok. 1,5 m. Porównując pokonanie jeziora do tych bagien to można stwierdzić, że jezioro przy rowach i bagnie to jak jacuzzi ciepłe i przyjemne czyli prawie darmowe SPA:). Najgorszy nie jest sam marsz tym rowem, tylko to, że co chwilę z niego trzeba wyjść a to wymaga użycia siły i znowu do niego wskoczyć. Trasa wciąż zygzakuje. Wyprzedzić kogoś na trasie jest bardzo ciężko, a chwila dekoncentracji skutkuje popularną „glebą.” Na trasie są też rowy suche sięgające do 3 m. głębokości do którego trzeba „jakoś” wejść a potem wyspinać się z nich przy pomocy konarów. Inną przeszkodą jaką organizatorzy zafundowali uczestnikom to betonowa rura długości ok. 20 m o średnicy 70 cm. Technika pokonania tej przeszkody dowolna ale głownie czołganie. Po wyjściu z niej można odczuć wrażenie, że nogi ma się jak z gumy. Kilka metrów biegu i jest się znowu do ud w mazi jakiej dotąd nie było – ruszyć nogami to prawdziwy CUD nad WISŁĄ. Potem znowu jezioro, które trzeba opuścić wspinając się po linie na molo, a następnie wskoczyć z niego z powrotem do wody z wysokości ok. 3 m. Pojawiają się również przeszkody jak płot, bramki, ławki do przeskoczenia ale trzeba uważać bo niezauważoną przeszkodą jest rozciągnięty drut kolczasty lub inny imitujący pułapkę minową. Są też przeszkody typu pusty ciemny budynek, a w nim trasa wiedzie schodami na dół i do góry, potem bunkier z różnymi wystającymi elementami a wszystko to odbywa się w niesamowitych ciemnościach przy towarzyszącym dymie ze świec oraz huku petard, który otępia umysł biegnącego. Ostatnie przeszkody to czołganie pod drutem kolczastym, grząski piasek, przeszkoda pod mostkiem, którą trzeba pokonać na czworakach, przeskok przez ostatnie druty kolczaste, przejście pod betonowymi kręgami przeskok przez ławeczkę oraz przejście przez wąską oponę i jeszcze tylko ok. 200 m i upragniona meta. Każdy uczestnik, który dobiegnie do mety jest zwycięzcą i otrzymuję ciężką 5 kilogramową podkowę.

W tym roku 70% biegu to woda, mokradła i błoto więc „BIEG KATORŻNIKA” mało co przypomina tradycyjne bieganie. Podczas zwykłego biegu wiemy co nas czeka i zwykle wiadomo, który to kilometr itp. Tu nie wie się nic nawet ile kilometrów w danej edycji liczy trasa. Każdy krok pod wodą to wielka niewiadoma. Kontuzja czyha wszędzie.

Wg rutyniarzy, którzy już nie pierwszy raz uczestniczyli w BIEGU KATORŻNIKA była to najtrudniejsza trasa w historii gdyż tak długiego biegu (ok. 13 km) jeszcze nie było z taką ilością przeszkód.

Gen Roman Polko po biegu powiedział, że rozliczy się z organizatorami za to, że „… było naprawdę fajnie:):):)”.

Każdemu z oficerów, podoficerów, żołnierzy służby zasadniczej oraz pracownikom Wojska Polskiego życzę zdrowia i wiele satysfakcji z podejmowanych działań „ku chwale Ojczyzny".

Materiał tvn24 i tvp na stronach:

http://www.tvn24.pl/28377,1714006,0,1,iniemamocni,fakty_wiadomosc.html

http://tvp.info/informacje/ludzie/bieg-katorznika-juz-po-raz-siodmy/50904111

Jeżeli chcesz przeczytać o „normalnym” bieganiu zapraszam na stronę: http://www.bhpdziedzic.pl/files/bp_032010.pdf i zapoznanie z art. „Biegaj bezpiecznie.