Bieg na 100 km, czyli jak przegrałem z pogodą!

Przebiec 100 km? Czy jest to możliwe dla amatora, który od czasu do czasu biega dla zdrowia? Taki był zamiar – przebiec 100 km, a raczej 42 km i próbować zbliżyć się do tej setki w ciągu 24 h. Podczas biegu miałem wrażenie, że każda z moich kości prosi wręcz błaga o chwilę przerwy. Zaczynają boleć mięśnie i to tam gdzie nigdy wcześniej ich nie odczuwałem.

Trochę teorii naukowej o długim bieganiuZdziwienie

 

Mózg to organ najbardziej narażony na przegrzanie. Działają jednak systemy obronne organizmu i sam udar cieplny jest bardzo mało prawdopodobny: kiedy jest już tak gorąco, że mózg jest bardzo zagrożony, zwalniamy. Dużo bardziej powszechne niż udar cieplny, są wszelkiego rodzaju omamy. Wynikają one w szczególności z ogólnego zmęczenia mózgu. Centralny układ nerwowy zaczyna szwankować. Połączenia nerwowe, wszystkie bodźce, nie są już tak wydajne i dokładne. Organizm sam odcina dopływ energii do mięśni. Nogi odmawiają posłuszeństwa. W głowie pojawia się natłok myśli. Powoli zaczynamy się zastanawiać, co nas podkusiło.

"Ściana" pojawia się wtedy, gdy w organizmie bardzo szybko kurczą się zapasy węglowodanów. Czyli tak naprawdę paliwa, które nas napędza. Jest łatwo dostępne i przy znacznym wysiłku bardzo szybko spalane.  Magazynujemy je w mięśniach w postaci glikogenu. Nawet przy tygodniowym ładowaniu się węglowodanami, energii wystarczy nam na około 20-30 kilometrów. W dodatku im szybciej zaczniemy pokonywać kolejne kilometry, tym szybciej będziemy zużywać paliwo. Kiedy powoli opróżniamy jego zbiorniki, to ciało zaczyna oszczędzać resztki, które zostały. Wtedy bardzo ważne jest, aby pracować, biec głową i z głową. To ona powinna podtrzymać wówczas chęci do walki. A im bliżej celu niektórzy chcą przyspieszyć aby wyprzedzić tych co przed nami. A to czasem jest zgubne. Pamiętajmy, że podczas całego biegu  objętość krwi znacznie wzrośnie, przez co naczynia zaczną się poszerzać. Dzięki temu krwinki zaczną transportować więcej tlenu do organów. Gdy pod koniec przyspieszymy a na mecie zatrzymujemy się wtedy ściany naczyń bardzo szybko się kurczą i ciśnienie spada. Może wtedy dojść do omdleń.

Niezależnie od tego czy na zewnątrz jest zimno, czy ciepło, temperatura naszego ciała rośnie. Podczas każdego wysiłku, nawet tego na hali, mamy do czynienia z takim procesem. Dzieje się tak, ponieważ organizm zużywa 75 proc. wytwarzanej energii na przekształcenie jej w ciepło. Pozostałe 25 proc. wytwarzanej energii wykorzystywane jest tylko na pracę mięśni. Temperatura ciała wzrasta wówczas nawet o 2 stopnie. To dlatego bardzo często odczuwamy nudności i zawroty głowy. Skoro temperatura ciała drastycznie wzrasta, to nasz organizm stara się ją zmniejszyć. Dlatego też gruczoły skórne zaczynają wydzielać ogromną ilość potu.

Biegacze długodystansowi są narażeni na „bezbolesne zmętnienie wizji”. Zaburzenia widzenia znikają niedługo po zakończeniu wysiłku, jednak mogą się utrzymywać jeszcze kilka godzin. A jak zachowuje się serce? Na  takim biegu (zresztą jak i na innych biegach) może dojść do spadu lub wzrostu tętna. Wzrost tętna jest dość łatwy do wytłumaczenia. Serce ma coraz mniej siły. Spada nasza objętość wyrzutowa serca. W efekcie mniej tlenu dociera do mięśni. Serce musi bić szybciej, żeby niwelować te straty. A kiedy spadek tętna? Jedni tłumaczą to zmęczeniem mięśni, przez co przyjmują one już znacznie mniej tlenu i jest to też wynik odwodnienia. Krew jest bardzo gęsta, przez co dostarcza więcej tlenu w jednym uderzeniu. Co z naszym brzuszkiem? Otóż, na pewno swój udział w niewydolności żołądkowej ma zmniejszony przepływ krwi przez jelita. Cała krew pompowana jest do mięśni, które napędzają nasz organizm. Nasz żołądek nie trawi już tak jak powinien. Druga sprawa to wstrząsy żołądka i cięgle przemieszczanie się treści jelitowej i żołądkowej. Nasze ręce też dostaną w kość bo nawet bez obciążenia są narażone na duże zmęczenia. W nogach dochodzi do uszkodzenia mięśni, włókien mięśniowych. Biegniemy i przez cały czas nasze nogi mocno pracują. Może dojść do znacznych rozpadów włókien mięśniowych. Te wszystkie produkty uboczne przemian metabolicznych, pozostałości po uszkodzonych mięśniach, są filtrowane przez nasze nerki. I te mają naprawdę duży problem.

Przebiegnięte dziesiątki kilometrów sprawią, że zmniejszy się znacząco wydajność mięśni. Zaczną pracować mniej efektywnie, a więc zaczynamy zwalniać. Ich charakterystyczną sztywność będzie się odczuwać głównie na ostatnich kilometrach. Trudno będzie wykonać nawet jeden krok. Takie uczucie to efekt kumulacji braku glikogenu, mikrourazów, podniesionej temperatury oraz skoków ciśnienia. Stopy obtarcie, bąble, schodzące paznokcie, kalafiory, opuchlizna, pęknięcia, słowem sam seks :)

A tak to było podczas mojego biegu w dniu 17.02.2017 r.

Biegam od kilkunastu lat. Pierwszy bieg na zawodach to Maraton Warszawski w 2004 r. Potem kolejne i kolejne, aż znudziły mnie biegi uliczne i zacząłem startować w biegach przeze mnie nazwanych „dziwnych” np. Bieg Katorżnika. Nie wiem dlaczego nazywa się on biegiem skoro z większością trasy trzeba walczyć idąc lub przemieszczając się w błocie czy wodzie. Może na całym odcinku biegnie się ok. 1,5 km?  Właśnie na tych biegach nabawiłem się kontuzji najpierw jednego a potem drugiego kolana. Trzy razy go ukończyłem ale już nikt nigdy nie namówi mnie na takie zawody. Chociaż uważam, że wrażenia są niesamowite.

Starty w tych zawodach spowodowały, że ciężko było mi się po nich pozbierać i tylko raz w roku startowałem w półmaratonie warszawskim po którym znowu się leczyłem. Rehabilitacja nie pomaga, zastrzyki również, prognoza - chyba trzeba iść na zabieg operacyjny, więc co tu robić? Ileż można narzekać, że bolą kolana? Może trening personalny. Wzmocnienie mięśni. Inne bieganie tzw. z głową. Rezultat w 2015 r. przebiegnięte ok. 1200 km a w 2016 przebiegnięte 1785 km. Bez kontuzji. Forma zwyżkuje ale ciągle niedosyt. Chciałbym przebiec maraton ale mam ten cholerny uraz czy dam radę i czy kolana wytrzymają tyle biec w tempie półmaratonu. Chociaż biorąc pod uwagę, że w ciągu jednego miesiąca przebiegłem 4 półmaratony nie powinienem mieć problemu, ale ta psychika?

Styczeń 2017 r. szybka decyzja. Spróbuję się z setką w lajtowym biegu w swojej miejscowości po sprawdzonych drogach. Tempo i czas nieważny, byle przebiec. Zacząłem się przygotowywać. Generalnie miałem na to mało czasu, gdyż sezon biegowy dla mnie zaczyna się w marcu i jak już, to trzeba w połowie lutego to zrobić.

17.02.2017 r. godz. 6.17 po zjedzeniu dwóch bułek z plastrami łososia i wypiciu kawy wystartowałem. Założenie proste. Trzy kółka to 27 km, odpoczynek i tak w kółko. Świetna pogoda. Z rana 3 stopnie na plusie. Biegnie się rewelacyjnie ul. Zazamcze i Nowaka i tam pierwszy raz walka z psami. Generalnie nie mam nic do psów ale otwarte bramy i kundle atakują. No nic, dałem radę biegnę dalej. Na głowie latarka czołowa daje sygnał z przodu i z tyłu, że ktoś się przemieszcza. Ul. Grunwaldzka, Sucharskiego, Warszawska, Jana i Jagiellońska. Dobiegam pod Księży Las, a tam znowu psy i tam odczuwam pierwszy raz smród z kominów, który dusi. To nie smog tylko palone nie wiadomo co. Psy i smród, więc walka i tempo. Jestem już na ul. Szkolnej, mijam szkołę, wskakuję na rondo ul. Szarwarska i Sportowa. Już jestem na Alejach Wolności, ul. Kościuszki przebiegam obok swojego rodzinnego domu i ul. Zazamcze biegnę obok swojego domu. Póki co, przebiegłem 9 km z hakiem. Nie zatrzymuję się. Umówiłem się z córką, że o 7.40 wyniesie mi zagrzane mleko kokosowe z miodem (rada dr. Daniela Chrzana – rehabilitanta oraz ultra maratończyka) i pół krówki komandosa. Ale to dopiero będzie za następne 9 km. Kolejne kółko, kolejna walka z psami. Będąc przed lasem zbiegam z chodnika i przebiegam na drugą stronę ulicy aby mieć z dala te psy. Z naprzeciwka jedzie Reno i kierowca pokazuje mi, że jest chodnik a nie ulica do biegania. No może i ma rację ale to tylko 100 m, które muszę pokonać aby udało mi się z tymi psami. Udało się. Zanim się psy zorientowały to byłem już daleko ale wybiegły za mną. Biegnę dalej i wbiegam na chodnik. Jest już bezpiecznie. Ul. Szkolna. Tu się dobrze biegnie. Spokój. Ludzie jeszcze śpią, albo już w pracy. Jestem przy domu. Pije zagrzane mleko kokosowe, spożywam pół krówki i biegnę dalej. Tempo takie sobie przecież nie będę szalał. Na spokojnie, jest 8.05 i 19 km za mną.

Przy kolejnym kółku dochodzę do wniosku, że tak dobrze się biegnie, że będę biegł dalej a nie odpoczywał. I znowu mleko, krówka i dalej. 36 km za mną.

Przydałoby się w jednym kawałku tyle przebiec co maraton wiec biegnę dalej. Telefon mi dzwoni na ramieniu ale nie odbieram a on dzwoni i dzwoni a przecież wie, że biegnę (to Piotrek chciał mnie poinformować, że podczas treningu skręcił staw skokowy. Dowiem się o tym od Oli jak będę kończył 45 km). Biegnę i jest 45 km. Córka mówi: "Tato przerwa, odpocznij". Biegnę dalej, bo nie jest źle. I to był błąd. Trzeba było wtedy odpocząć i potem ruszyć dalej ale myślałem, że jak więcej teraz zrobię to potem będę miał mniej. Coraz ciężej się biegnie i znowu te psy. Pierwszy skurcz. Ale nie zatrzymuję się. Masuje w biegu udo, pachwinę. Jest ul. Szkolna, czyli 51 km. Przechodzę do marszu szybkiego bo blokada nóg ciężko się odbić. Wreszcie czuję, że jestem spocony. Może z 10 m tego marszu było i zaczynam biec. Ciężko mi idzie, ale kto mówił, że będzie lekko? Będzie coraz gorzej. Ul. Sportowa wykonuje przysiad. Ale ulga jeszcze jeden uf… biegnę dalej ale znowu szybki marsz. Jeszcze 2 km. Przez cały bieg nie byłem w stanie nad niczym dłużej pomyśleć. Coś wpada do umysłu i reset po 10 – 15 s. Odpowiada, mi to bo po to biegam aby odstresować, zapomnieć o pracy, problemach itp. Ale czuję, że pomału zaczyna siadać psychika. Jedno wiem jestem w stanie, w dobrym czasie przebiec maraton i tu na takim dystansie nie miałem żadnego problemu. Gdzie ta moja chałupa… No gdzie? Jeszcze 1 km. O matko 1 km to prawie jak 5 km? Jestem. 54 km zrobione. Pije ciepłe mleko. Nie pamiętam kiedy tyle mleka wypiłemŚmiech O matko jaki jestem sztywny! Rozciągam się.

Przysiad z trudem ale już jest lepiej.

Ściągam buty. Olcia robi kurczaka, którego wczoraj przygotowałem a ja idę pod prysznic. Po nim rozciągam się jeszcze raz. Bolą łydki. Zakładam skarpety kompresyjne. Ale ulga. Ciężko mi zejść po schodach. W minutę zjadam kurczaka. Idę się położyć. W sekundzie zasypiam. Śpię ok. 50 min tak że można byłoby mnie wynieść i bym tego nie poczuł. Sen był krótki ale bardzo regenerujący. Leżę i szczerze, to mi się już nie chce dalej biec. Mięśnie bolą. Robię tzw. rolowanie. Najpierw łydki, potem uda. Gdy naciska uda – zaciskam zęby bo boli jak cholera, ale pomaga. Chodzę po domu i patrzę przez okno. Nie podoba mi się pogoda. Chyba będzie padać. Czyżby prognoza pogody sprawdziła się? I zaczyna lać. O 15-tej miałem wystartować ale leje i wieje więc jaka to przyjemność. Myślę sobie tak: jakby co to zrzucę winę na pogodę.  Ola zrobiła mi naleśniki abym się wzmocnił. Marudziła przy tym, że żadnego dalszego biegu nie będzie, bo pada. Robić naleśniki nie gadać – rzuciłem. No i były i zjadłem, dodając do nich dużo dżemu. Brr… jest godz. 16-ta jednak pomału się zbieram, bo lekka mżawka leci. Trzeba ruszyć i się zobaczy. Zmiana stroju, kurtka przeciwdeszczowa i zaczynam dalszą przygodę z biegiem. Mam do przebiegnięcia tylko 46 km.


Jest godz. 16.16. Ciężko wystartować, czuję kolano lewe, a raczej ścięgno poboczne. Nieprzyjemne uczucie, więc bieg 200 m marsz i zginanie kolana, przysiad może puści. Jak ktoś mnie obserwuje to pomyśli, że chyba zwariowałęm. I co ja robię. Puściło więc bieg. Mżawka. Biegnę nie takie duże kółka jak z rana tylko małe, które mają 1,4 km czyli ul. Zazamcze 200 m, ul. Nowaka 500 m, ul. Grunwaldzka 200 m, ul. Szpitalna 500 m. Podczas trzeciego kółka zaczyna padać - leje. Czuję, że jestem mokry. A to dopiero 4,2 km. Mało. Biegnę w tym deszczu i walczę z samym sobą. Jeszcze trzeba biec. Czuje zimno, bo się odwróciłem. Wiatr wleciał pod kurtkę brr… Koniec 7 okrążenia czyli 10 km. Wbiegam na podwórko. Nie wchodzę do domu. Mleko ciepłe, banan i zdjęcie z piesiem Rikiem, który mnie wita i pewnie się dziwi, że w deszczu pan biega.

Biegnę dalej. Oli mówię, jeszcze 10 km i przerwa i generalnie będę biegł do 19-tej. No i biegnę. Ciemno. Latarka świeci pulsacyjnie. Ludzie robią zakupy w Mrówce. Kolejne okrążenia a deszcz ciągle pada. Na okularach krople, ale nie przeszkadza mi to. Biegnę dalej. Zrobiłem te cholerne 10 km. Czyli jest 74 km. Ale jakoś te 74 km mi nie pasuje. Szybka decyzja jeszcze 5 okrążeń tak aby był równy rachunek czyli dobić do 80 km. Później będę miał tylko, a może aż 20 km. Pierwsze kółko jakoś się biegło, drugie gorzej. Myślę sobie, po co mi to i co ja chce sobie udowodnić. Czuję ścięgno w lewym kolanie. A przecież obawiałem się o prawe. Wydaje mi się, że jak źle ułożę stopę to ze zmęczenia kolana mi wyskoczą. Na każdym zakręcie ze zdwojoną ostrożnością zwalniam i biegnę lub maszeruję. Boję się o kolana. To psychika zaczyna miażdżyć mój umysł takimi oto myślami. Mijając Mercedesa na parkingu na ul. Szpitalnej za każdym razem uderzam w wystającą antenę od CB. Za każdym razem mówię sobie, że następnym razem muszę ją ominąć zawczasu i znowu jebJ. Jeszcze 2,5 okrążenia. Kałuże wody po deszczu wszędzie. Dalej bombarduje mnie myśl, że jak źle postawię nogę lub będę chciał przeskoczyć kałuże lub inną przeszkodę to wyskoczy mi kolano więc … biegnę przez kałużę. Podjeżdża radiowóz policyjny. Pan Jarek odkręca szybę "Panie Andrzeju, tak Pan daje po oczach tą latarką, że o rany". Drugi funkcjonariusz nie rozpoznaje mnie wybiega z radiowozu z pretensjami: "że światło za mocne i… a to Pan. Dzień dobry. Może podwieźćUśmiech" Dziękuję Panowie, za miłą pogawędkę i dzięki Wam miałem odpoczynek 4 min. I dobrze. Zaczynam dalej biec. To tylko jeszcze 2 okrążenia czyli 2km 800m. Jeszcze jedno. O rany przecież POLAR 800 wyświetlił mi już 80 km a tu jeszcze 700 m okrążenia. Przybiegam do domu.


Jest godz. 20.14. Jestem przemarznięty, sztywny do tego stopnia, że nie mogę schylić się aby rozwiązać sznurowadła. Biorę butelkę z mineralną i prawie ją całą duszkiem wypijam. Ściągnąłem tylko kurtkę i telefon z przedramienia. Siadam w kuchni. Mam dość. Jestem niesamowicie zmęczony psychicznie i cholernie boli mnie kolano lewe. Zjadam ciepłą rybę. Pić mi się chce niesamowicie więc piję, herbatę, mineralną, sok z pomarańczy. Jem naleśniki. Trochę mi cieplej. Idę pod prysznic. Czuję gigantyczne zmęczenie i taką obojętność na wszystko. Nie chce mi się gadać. Coś w TV leci ale nie wiem co. Leżę. Nastawiam budzik na 2.30 aby kontynuować dalej mój bieg i osiągnąć cel. Czuję zimno. Przykrywam się dodatkowym kocem. Zimno. Cały drżę. W myślach te cholerne 19 km jeszcze jakoś trzeba przebiec. Przydałoby się ułożyć jakąś strategię ale zapadam w głęboki sen. Dzwoni budzik POLAR 800 na ręce oznajmiając 2.30. Odruchowo go wyłączyłem… kolejne moje otwarcie oczu to już 4.25. Nie mam szans abym do 6.17 przebiegł czy też przeszedł te 19 km. Szkoda a może i dobrze, że się nie obudziłem. Przecież zdrowie najważniejsze. Zasypiam. O tym, co czułem w sobotę nie opiszę, bo to była masakra, jak mnie wszystko bolałoPłacz

Co osiągnąłem? Zmierzyłem się z samym sobą i dałem radę. Wiem, że jestem w stanie bez uszczerbku przebiec maraton. Zawalczyłem z psychiką i wiem, że jestem silniejszy o nowe doświadczenie. Nie dałem się zabójczym myślom. Pokonałem dystans prawie dwukrotnie większy niż maraton w samotności i ciszy w ciężkich warunkach pogodowych, bo te ostatnie 26 km tak muszę nazwać. Deszcz, wiatr, spadek temperatury. Przebiegłem bez otarć, z lekkimiPuszcza oczko zakwasami. Wiem, gdzie są mięśnie, kości i co może boleć. Czas biegu nie jest ważny, ale te 81 km przebiegłem w 9h38min to chyba nieźle. Przygoda z tym biegiem, w tym dniu trwała łącznie z przerwą ok. 14h. Te 100 km było na wyciągnięcie ręki. Może gdybym nie biegł sam, gdybym miał tego tzw. przysłowiowego "zająca" to może udałoby się. Ale chyba najbardziej dała w kość nie samotność w biegu tylko pogoda. Jak setki lat temu ludzie mogli pokonywać takie a nawet dłuższe dystanse na bosaka lub w sandałach? Jak oni byli ubrani, że maszerowali i pokonywali różny teren niejednokrotnie niosąc na sobie zbroję lub inny ekwipunek? Ja zamarzłem chociaż miałem strój przystosowany do takich warunków. Przegrałem z pogodą ale jestem zadowolony – dla mnie jest to sukces. Czy kiedykolwiek odważę się jeszcze na coś takiego? Hmm… Póki co powiedziałem sobie głośno – NIE. Ale po cichu jest niedosyt, więc kto wie…

Wszystkim tym, którzy wiedzieli i trzymali kciuki oraz kibicowali: WIELKIE DZIĘKI!!!